PORONIENIE – Tabu Nieoczywiste
Ile znasz kobiet, które poroniły? Ja, jeszcze do niedawna znałam dwie. Dziś lista nieustannie rośnie. I powiem Ci od kiedy zaczęła rosnąć – dokładnie od momentu, w którym mi samej się to przydarzyło.
Nagle, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki kurtyna opadła. Wszyscy, którzy dowiadywali się o tym, mówili: mnie to też spotkało, moja mama też przez to przeszła, moja siostra.., moja przyjaciółka.., moja sąsiadka.., moja koleżanka z pracy… Ta skala wydała mi się ogromna. Co najmniej tak duża, żeby pojawiła się przestrzeń do swobodnej rozmowy i wsparcia, ale przede wszystkim wyjścia z poczucia społecznego tabu i bycia pozostawioną samą sobie, nierzadko w dezinformacji.
Kiedy dowiesz się, że wg statystyk: 1 na 5 ciąż jest niedonoszona, (a to tylko dane oficjalne); że wiele kobiet nawet nie zgłasza się do lekarza, lub też zalicza wizytę kontrolną, na której dowiaduje się, że serce dziecka już nie pracuje, a teraz musi poczekać tydzień, może dwa na poronienie samoistne – to myślisz sobie, że gdzieś w systemie opieki i poczuciu bezpieczeństwa urosła spora luka. Do romantycznego myślenia o służbie zdrowia jest mi całkiem daleko, ale czuję, że mówienie o tym zdarzeniu jest niezwykle ważne – i dla mnie i dla innych kobiet, które były w tym miejscu przede mną i niewątpliwe dla tych, które będą następne.
Poczucie straty
Każdy przypadek jest inny, indywidualny fizycznie i psychicznie. Wchodzimy w okres ciąży z tak różnymi historiami: oczekiwaniem – dowiadując się niemalże od razu, lub – zaskoczeniem pod koniec pierwszego trymestru; we wczesnym wieku dorosłości lub na etapie dojrzałości graniczącej z określeniem „za późno”; mając wsparcie i ukochanego obok lub będąc w kompletnym rozpadzie zawodowo-uczuciowym. Do tego dochodzą różnice w światopoglądzie i duchowości. Dla niektórych kobiet kilkutygodniowy zarodek to już d z i e c k o, dla innych p ł ó d. Bez względu na głębokość relacji, Twojej sytuacji życiowej i tego jak nazwiesz to zdarzenie – czy „śmierć dziecka” czy „uszkodzenie płodu” – doświadczasz poczucia straty. Nie ma grobu, nie ma zdjęcia, więc też nie do końca jest społeczne przyzwolenie na żałobę. I właśnie tu – bardzo łatwo o nieświadome uwicie sobie pułapki.
Karuzela emocji, na które nie ma miejsca
„Tak miało być”, „Będziesz miała następne”, „Widocznie tak jest lepiej, może potem byłby o wiele większy problem”, „Lepiej teraz niż w drugim, trzecim trymestrze”. To chyba najczęstsze zdania, jakie można usłyszeć. I nie chodzi o to, że one są nieprawdziwe lub powiedziane ze złą intencją. Za wieloma z tych wypowiedzi stoi troska i szczera chęć pocieszenia, tylko czy poronienie i czas wczesnej żałoby, szczególnie tej wciąż krwawiącej, bezbronnej i bolesnej, może nawet okresowego poczucia odłączenia od dolnej części ciała, które wziernikowano kilka razy na dobę, to po prostu nie ten moment?
Tak wiele wiedzy przepływa przez nasze umysły i tak wiele z tego jest zupełnie nieistotne, jeśli psychika nie nadąża z integracją emocji w ciele. Łatwo wyprzeć ból zmieniając mindset, szczególnie gdy przestrzeń nie sprzyja, a otoczenie wymaga szybkiego powrotu. Ja czuję, że umysł wobec biologii i fizycznej manifestacji wypartych emocji, po prostu słabnie. Prędzej czy później pęknięcia w systemie nie będą już kwestią deficytu autodyscypliny, ale biologicznym powrotem do równowagi hormonalnej, która wymusi na nas zmianę priorytetów.
Pocieszanie na siłę
Bez względu na to czy czujesz rozpacz, smutek, poczucie winy, złość, obojętność, a może właśnie nic nie czujesz i to cię dezorientuje – to wszystko jest właściwe i nic w tym pakiecie nie ma określonego deadline’u. Kiedy pojawiają się emocje i chcesz po prostu wyłkać ten ból, wszelkie głosy umysłowych pocieszeń, własnych lub cudzych, może lepiej zostawić wówczas na później. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdy już uporasz się z emocjami w ciele, nie będziesz potrzebowała słyszeć czegoś, co sama w głębi wiesz.
Wciąż jeszcze nie nauczyliśmy się innych form reagowania niż (wykrojone na własną miarę i często dość niezgrabne) pocieszanie. Wsparcie płynie przez obecność. Tylko i aż. Bywa, że trudno tak po prostu być, bo łzy bliskich nas dotkliwie triggerują, ale zadbanie o czyjś komfort fizyczny jest już bardzo pomocne. Ugotowanie posiłku, opieka nad dziećmi, przytulenie, zatroszczenie się o sprawy, na które kobieta nie ma w takiej chwili siły. Ty sama możesz również poprosić o to, czego potrzebujesz. Jeśli ktoś jest Ci naprawdę życzliwy, to będzie wdzięczny za klarowną nawigację.
Brak zaufania do ciała, które „zawiodło”
Ciekawe, że jednym z uczuć, jakie bardzo często może się pojawić po doświadczeniu poronienia to właśnie przekonanie, że „ciało mnie zawiodło” albo przeszywające, choć nie zawsze świadome „coś musi być ze mną nie tak”. Jest to zrozumiałe, bo macierzyńska narracja społeczna wciąż opiera się, głównie na obrazie szczęśliwych rozwiązań. Reszta trafia do dziwnej, szarej strefy, w której trzeba nauczyć się poruszać samemu.
Kiedy wwożono mnie na wózku do szpitala i słyszałam, w jaki sposób komunikowano się na temat mojego przypadku, dano mi dotkliwie odczuć, że „nie doniosłam”, a moje ciało „zawiodło”. Był krótki moment, w którym dopadły mnie myśli o własnej, rzekomej ułomności, ale jakbym nie próbowała bronić tej błędnej tezy, rzeczywistość pokazywała coś innego. Oczyszczenie fizyczne i psychiczne, w dużej mierze działo się poza moim umysłem. Żadne inne zdarzenie w moim życiu nie dało mi tak silnego połączenia z własną biologią, a przede wszystkim przekonania, że moje ciało reaguje właściwie. Nie wiem, czy, gdybym była młodsza, potrafiłabym obronić się psychicznie przed nieludzkim traktowaniem ze strony służby zdrowia, ale patrząc na akt ronienia od strony biologicznej, to z całą pewnością mogę stwierdzić, że jeśli coś zawiodło, to nie było to moje ciało.
Nie zawsze tak to wygląda. Czasami trzeba dodatkowej interwencji, zanim uda się oczyścić macicę. Kolejne badanie, kolejna wizyta, kolejne szpitalne światło i doktorski żargon. Im dłuższy proces tym więcej nagromadzonego strachu i poranionego ciała. To wszystko wymaga czasu na zagojenie, a wiadomo, że ze wsparciem otoczenia, nawet najbliższego, bywa różnie.
Jeśli tylko czujesz się na siłach, mów o swoim poronieniu. Mów po to, żeby kolejne osoby mogły swoje poronienie znormalizować, a ty, żebyś nie czuła się tak koszmarnie osamotniona w tym doświadczeniu. Skoro społeczny przekaz jest tak strasznie zafałszowany, to każda z nas, która przeżywa coś innego, niemieszczącego się w sztywnym przekazie, czuje wstyd. Przez ten wstyd milczymy, oczywiście rozumiem, że robimy to, ponieważ chcemy się chronić przed trudnymi emocjami, negatywną oceną, ale niestety, milcząc podtrzymujemy ten zafałszowany przekaz. A przypomnę – oficjalnie każdego roku w Polsce roni co najmniej 40 tysięcy kobiet. Mijamy te kobiety codziennie na ulicy, koleżankujemy się z nimi, to nasze sąsiadki, sprzedawczynie w sklepie, nasze szefowe czy lekarki. I większość z nich milczy.
Joanna Frejus (fragment rozmowy z Kamilą Raczyńską-Chomyn)
Poronienie – domknięcie cyklu
Pół roku – usłyszałam z ust ginekologa, u którego odbywałam wizytę kontrolną po tygodniu od poronienia – może się Pani zacząć znowu starać za pół roku. Tyle czasu? Pomyślałam. To bardzo długo. Nie powiedział dlaczego, nie wyjaśnił, że może chodzi o mój wiek, może o proces biologiczny. Jednak zaraz po tej myśli przyszła następna: to ja decyduję. Moje ciało właśnie pokazało, co potrafi. Jeszcze kilka dni temu byłam tak poraniona fizycznie i emocjonalnie, że nie wyobrażałam sobie znowu przez to przechodzić. Jednak już w ciągu tygodnia, nie wyobrażałam sobie (zupełnie!), że mogę jeszcze raz nie spróbować. Jeśli tak diametralnie może odmienić się mój stan psychiczny w ciagu tygodnia to, co stanie się za miesiąc, dwa, trzy? Nie, nie ustawiłam sobie żadnego terminu, ale też nie chciałam, żeby ktoś zrobił to za mnie.
Słyszymy różne komunikaty. Ja usłyszałam pół roku, ty mogłaś usłyszeć dwa miesiące, może trzy, albo nawet po pierwszej miesiączce. W tak bezbronnym momencie mogą się one zakodować głęboko. Łatwo wówczas wpaść w robienie dziecka i udowodnianie sobie i otoczeniu, że potrafisz zajść w ciążę, zagłuszając, tym samym, gojenie straty po tym, co właśnie odeszło. Powrót do rzeczywistości, to nie tylko kilka pierwszych dni, ale powolne i czułe wydreptywanie nowych ścieżek: ponownego zaufania swojemu ciału, jeśli ten temat szczególnie cię dotknął, czy bliskiej intymności, do której bywa, że wraca się z trudem. To tematy, którym warto poświęcić trochę uwagi i troski — od tego, jak poronienie domknie się u ciebie, może mieć duży wpływ na otwarcie nowego rozdziału – z gotowością i optymizmem czy wybudzając zakopane bóle i lęki.
Poronienie to jedna ze ścieżek macierzyństwa (?)
Kiedy po raz pierwszy przeczytałam to zdanie, potrzebowałam chwili, by je przyjąć, a dopiero później poczuć, że kryje w sobie głębszy sens. Społeczny przekaz daje nam dość jasno odczuć, że macierzyństwo dotyczy kobiet, które mają już dzieci, lub chociażby widocznie zarysowany, ciążowy brzuszek. Jeśli nie wpisujesz się w żaden z tych wizerunków, trudno w ogóle podejmować dyskusję i pełnoprawnie się w niej umiejscowić.
Tak wiele historii kryje się za aktem poczęcia. Chcianym, niechcianym, może nieplanowanym, ale zaakceptowanym lub kompletnie zmieniającym azymut życia w nieznanym kierunku. Cokolwiek ci się przydarzyło lub nie, twoje ciało dotknęło już tej (niedającej się opisać) przestrzeni. Tu, znowu, panuje zupełna dowolność odczuć. Od zerowego połączenia, lęku przed stratą lub rozwiązaniem, do silnej energetycznej zmiany. Jakiekolwiek to nie było dla ciebie, wkroczyłaś na ścieżkę macierzyństwa, bo ronienie jest jedną z jej – naznaczonych stratą – odsłon.
Odstawiłam książkę o macierzyństwie na półkę. Nie wiem na jak długo. Pewnie poczuję, kiedy znowu będę chciała do niej zajrzeć. Gdzieś pomiędzy pierwszym, a drugim rozdziałem włożona jest zakładka – zdjęcie z USG mojej Fasolki. Przyjdzie taki czas, że będę mogła popatrzeć na nie bez łez.
Bardzo kojące było dla mnie odnalezienie Fundacji Czułość i projektu siostryronie oraz przeczytanie rozmowy Kamili Raczyńskiej z Joanną Frejus i za to ogromnie dziękuję♡.
Szanuję doświadczenia tych kobiet, które zabrały głos publicznie lub w kuluarach bliskości przyjacielskiej czy sesji terapeutycznej.
Składam też wyrazy szacunku dla kobiet, które nigdy tego nie zrobiły i zrobić nie zamierzają, ale doświadczyły poronienia i łączą się we wspólnocie po cichu oraz wg własnych możliwości.