Pęknięty most
Patchwork to też rodzina. Takie zdanie, a nawet uczucie, towarzyszyło mi od pierwszej chwili, kiedy zdecydowałam się po raz drugi w życiu stworzyć i scalić rodzinę. Przez wiele lat dynamika relacji wewnątrzrodzinnych była bardzo intensywna. Przez pierwsze lata, gdy dzieci były w wieku wczesnoszkolnym, wiedziałam, że moim głównym zadaniem, jako matki, jest wspieranie ich w zmianie, która nastąpiła.
Poczucie winy spadło na mnie jak burza śnieżna, po pierwszej mocnej awanturze, a pokłosie „śnieżycy” utrzymywało się latami w moim świecie i owiewało chłodem przy każdym kolejnym kryzysie.
Wiele pracy włożyłam w to, by po kolei rozpuszczać warstwy śniegu ciepłem serca. W efekcie długiej i żmudnej pracy dostrzegłam, że jakoś naturalnie stworzyły się w moim życiu dwie piękne góry, ozdabiające i mój krajobraz i nadające życiu sens. Nie były to dwa lodowce, lecz dwie krainy, w których życie płynęło innym rytmem.
Pierwsza „góra”- taka monumentalna z lewej strony, symbolizowała moje macierzyństwo. Relacje z dziećmi, ich z sobą i z całym otaczającym je światem. Góra kryła i nadal kryje w sobie piękne krainy, wiele ścieżek do eksploracji, otwierała się na niesamowite przygody. Były i są także w niej jaskinie pełne nieznanego cienia. Spotkać można lasy, pełne chochlików, w których na przemiennie panuje raz światło, raz mrok, smutek i radość i tysiące subtelnych uczuć i emocji pogłębiających nasze życie. Prawą stronę tej góry okrył lód. Może to pozostałość po poczuciu winy i krzywdy, które zrodziły się z rozwodu? Może brak akceptacji na zmianę, chęć dystansu lub ochrony?
Strome niedostępne zbocze, ośnieżone na zewnątrz i śliskie pod spodem z niechęcią spoglądało w kierunku Prawej góry. Zbocze było niemal niedostępne dla zwykłego śmiertelnika.
„Prawa Góra”- symbolizująca moje drugie małżeństwo, męża i jego świat, była piękna w swej prostocie i dostojności. Tam wszystko znało swoje miejsce. Nie było zbędnego chaosu, była harmonia. Oczywiście ta góra także miała swoje ukryte jaskinie i skrywała wiele wyzwań, ale rośliny dobrze wiedziały jakie dobre ręce o nią dbają. Plony były obfite i będąc w tym świecie czułam się zaopiekowana i spełniona. Po lewej stronie prawej góry zbocze było niemal tak samo okryte lodem jak w przypadku lewej góry. Różnica była taka, że tam nawet nie było miękkiego puchu, skrywającego śliskie zbocze. Lód i skała, skała i urwiska. Dwie góry trwały tak latami na moim horyzoncie, a ja uporczywie budowałam most po między nimi. Przechodząc po nim czułam jak zmienia się moja rola. Jak zmieniam się ja i moja sceneria. Zarówno w jednej jak i w drugiej krainie widziałam cel, misję, miłość. Codziennie towarzyszyło mi jedne marzenie, połączyć te dwa światy. Ocieplić ich zbocza, nastawić przychylnie do siebie. Mijały lata i zdałam sobie sprawę, że nie dość, że lód nie stopniał, to nawet zwiększył swoją warstwę, do tego stopnia, że góry zaczęły się od siebie odsuwać.
Stabilny most zaczął pękać, nie starczało czasu, sił i materiału na nowe przęsła. Zaczęła się próba ratowania go ostatkami sił. Stawał się tak niestabilny, że zaczęłam przemykać się po nim na paluszkach, by przypadkiem kompletnie go nie zawalić i tym samym stracić połączenie i samej nie spaść w oblodzoną przepaść. Ale stało się to czego bałam się najbardziej. Któregoś dnia zdałam sobie sprawę, że most pękł na pół, a ja zaczęłam spadać. Spadanie zajęło mi trochę czasu, bo widocznie szczyty były wyżej niż przypuszczałam. W locie doświadczałam głównie bezsilności, smutku, żalu, rozczarowania ale nie było oporu. Nie było już przed czym go mieć. Było za to miejsce na łzy, dużo łez. Coś co było moim marzeniem, okazało się być czymś tylko moim. Nie ich. Nie stworzyłam, nie stworzyliśmy rodziny w sensie, w którym chciałam. Powstały dwa światy, które na siłę chciałam spoić w jeden. Nie udało się.
Gdy tak spadałam, przychodziły do mnie powiewy dobrych wiatrów, które mnie asekurowały, bym nie obiła się o skały, amortyzowały mój upadek. Te wiatry to energia moich przyjaźni, relacji, lekcji i doświadczeń. W końcu wylądowałam. Upadek nie bolał tak bardzo jak sądziłam. Stukam sobie lewe kolano i wysuszyłam nadmiernie oczy, nic poza tym. Usiadłam na ziemi, popatrzyłam w górę. Nie mogłam już nawet dostrzec szczytów, wszystko było takie bliskie i odległe. Wręcz nierealne. Wzięłam go ręki garść ziemi, była żyzna, brązowa i nawodniona strumieniem moich łez. A ponieważ przeważnie tak się dzieje, że od najmłodszych lat, że mam w kieszeniach jakieś pestki lub nasiona, (najczęściej drzew), to wyjęłam jedno z nich i z uśmiechem pierwszym od dawna powiedziałam, :”No to lipa!”. Zasądziłam to ziarno.
Może urośnie z tego wielkie drzewo, dosięgnie szczytów i połączy dwie góry, zaprosi życie i słońce do przełęczy, ociepli zbocza? A może nie.
Wiem jedno, teraz chcę się zając sobą. Mój czas, moje życie. Moje miejsce na siebie. Nie pomiędzy światami, lecz w swoim świecie. Zawsze uwielbiałam chodzić po górach ale czy dwie góry to jedyny element mojego krajobrazu? Napewno nie. Może za nimi kryje się wspaniała dolina? Jezioro? Ocean? Pustynia? Czy nie jest przypadkiem tak, że to my jesteśmy kreatorami i odkrywcami swojego świata i życia ? Tak mi się wydaje.
Teraz czuję tylko ciszę, w niej mieszka uczucie, że wszystko jest połączone. Ja z wszystkim a wszystko ze mną. Z tą myślą pójdę spać.